Współczesna polityka międzynarodowa przypomina trochę szkolne przedstawienie, w którym wszyscy udają dorosłych, ale co chwilę ktoś rzuca papierową kulką przez salę.
Państwa wygłaszają dramatyczne oświadczenia, organizują szczyty, podpisują deklaracje, po czym następnego dnia obrażają się na siebie w internecie jak użytkownicy lokalnej grupy osiedlowej.
Świat stał się jednocześnie bardzo poważny i kompletnie absurdalny.
Przywódcy mówią o pokoju, siedząc przy stołach wartym tyle, co budżet małego miasta. Kraje nawołują do ekologii, wysyłając tysiące ludzi prywatnymi samolotami na konferencje o ograniczaniu emisji. W telewizji eksperci analizują napięcia geopolityczne z miną chirurgów podczas operacji serca, a chwilę później ta sama stacja pokazuje ranking najładniejszych psów celebrytów.
Granica między polityką, marketingiem i widowiskiem praktycznie zniknęła.
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że zwykły człowiek ma dziś śledzić globalną sytuację jak analityk wywiadu. Konflikty, sankcje, pakiety klimatyczne, kryzysy energetyczne, wojny handlowe. Człowiek wraca zmęczony z pracy, chce zrobić herbatę, a internet właśnie tłumaczy mu upadek ładu światowego.
I wszyscy są permanentnie oburzeni. Państwa oburzają się na państwa. Politycy na polityków. Internauci na wszystkich. Cały świat wygląda jak gigantyczny panel dyskusyjny prowadzony przez ludzi, którzy od trzech lat nie spali spokojnie.
A gdzieś pośrodku tego wszystkiego stoi zwykły człowiek, patrzy na wiadomości i coraz częściej ma wrażenie, że planeta weszła w tryb eksperymentalny bez możliwości przywrócenia ustawień fabrycznych.
