Jeszcze kilka lat temu zielona energia kojarzyła się ludziom z czymś prostym. Wiatraki, panele, może trochę słońca, trochę oszczędności i wszyscy żyją długo oraz ekologicznie. Tymczasem rzeczywistość weszła na scenę jak księgowy z gaśnicą.
Bo nagle okazuje się, że ekologiczna przyszłość wymaga:
nowych podatków, nowych opłat, nowych zakazów i najlepiej nowego samochodu za cenę mieszkania w mniejszym mieście.
Człowiek słyszy dziś, że ma ratować planetę. Szkoda tylko, że planeta najwyraźniej przyjmuje wyłącznie płatności kartą.
Fotowoltaika? Jeszcze chwilę temu reklamowana jak darmowy prąd od samego kosmosu. Potem przyszły nowe zasady, nowe rozliczenia i tysiące ludzi odkryły, że są uczestnikami programu „Ekologiczna Niespodzianka”.
Samochody elektryczne? Oczywiście przyszłość. Tylko że przeciętny Kowalski najpierw chciałby mieć gdzie zaparkować, czym dojechać do pracy i czy po włączeniu ogrzewania zimą auto nadal będzie miało zasięg większy niż elektryczna hulajnoga.
Najpiękniejsze jest jednak moralizowanie. Człowiek mieszkający w bloku z 1983 roku słyszy od ekspertów w telewizji, że powinien ograniczyć ślad węglowy. Mówi mu to ktoś siedzący w klimatyzowanym studiu, do którego przyjechał SUV-em wielkości małego czołgu.
I właśnie tu rodzi się największy absurd współczesnej ekologii. Sama idea nie jest zła. Problem zaczyna się wtedy, gdy ekologia zamienia się w luksus dla bogatych, a rachunek za zbawienie planety trafia do ludzi, którzy po prostu chcieli spokojnie żyć.
