Jeszcze nigdy człowiek nie miał tylu sposobów, żeby odezwać się do drugiego człowieka. I chyba jeszcze nigdy tak często nie wybierał milczenia.
Nosimy w kieszeniach urządzenia, które pozwalają w kilka sekund połączyć się z kimś po drugiej stronie świata. Możemy zobaczyć jego twarz, usłyszeć głos, sprawdzić, gdzie jest, co je, czego słucha i co właśnie myśli o polityce, pogodzie albo najnowszym serialu. Technicznie rzecz biorąc, jesteśmy dostępni niemal bez przerwy.
A jednak sąsiad z naprzeciwka pozostaje często człowiekiem bez imienia.
Mijamy się na klatce schodowej ze wzrokiem wbitym w telefony. Jeśli już padnie „dzień dobry”, to zwykle w biegu i półgłosem, jakby dłuższy kontakt groził niekontrolowanym rozwojem sytuacji. Jeszcze chwila i trzeba będzie zapytać, co słychać.
Technologia miała zbliżyć ludzi. I rzeczywiście ich zbliżyła. Na tyle, że dziś możemy być obecni w życiu setek osób jednocześnie. Wiemy, kto zmienił pracę, kto był na wakacjach, kto kupił psa, kto się rozwiódł i kto właśnie odkrył nową metodę osiągania wewnętrznego spokoju.
Zadziwiająco mało wiemy natomiast o człowieku siedzącym obok.
Najlepiej widać to podczas spotkań towarzyskich.
Cztery osoby siedzą przy jednym stole. Kiedyś można było podejrzewać, że skoro przyszły w jedno miejsce, to chcą ze sobą porozmawiać. Dziś nie jest to już takie oczywiste.
Jedna przegląda Instagram. Druga odpisuje komuś, kogo przy stole nie ma. Trzecia ogląda film o tym, że media społecznościowe niszczą relacje. Czwarta fotografuje kawę, bo kawa wypita bez dokumentacji zaczyna przypominać wydarzenie o wątpliwym statusie ontologicznym.
Od czasu do czasu ktoś się śmieje.
Nie dlatego, że powiedział coś człowiek siedzący obok.
Ktoś przysłał mema.
Najlepiej o samotności współczesnego człowieka.
Trudno wymyślić bardziej elegancką ironię.
Zmienił się również sposób, w jaki budujemy relacje. Dawniej człowiek musiał czasem poradzić sobie z czymś wyjątkowo uciążliwym, czyli z drugim człowiekiem. Drugi człowiek miał własne zdanie, potrzeby, przyzwyczajenia, a czasem nawet czelność być niezadowolonym.
Trzeba było rozmawiać.
Czasem przeprosić.
Czasem przyznać, że zrobiło się coś głupiego.
Czasem wysłuchać zdania, którego wcale nie miało się ochoty słuchać.
Była to procedura wyjątkowo nieefektywna.
Na szczęście wkroczyła technologia.
Dziś można człowieka wyciszyć, usunąć, zablokować albo po prostu przestać odpowiadać. Ghosting jest niezwykle wygodnym wynalazkiem. Pozwala zakończyć relację bez konieczności przeprowadzania tak archaicznej czynności jak rozmowa.
Jeszcze wygodniejsze jest to, że współczesna kultura dostarczyła nam odpowiedniego słownika.
Dawniej człowiek mógł zwyczajnie zachować się źle.
Dzisiaj należy zrobić to świadomie.
Nie ignorujesz kogoś. Chronisz swoją energię.
Nie jesteś egoistą. Stawiasz siebie na pierwszym miejscu.
Nie uciekasz od odpowiedzialności. Ustalasz granice.
Nie masz ochoty niczego wyjaśniać. Wybierasz swój spokój.
Brzmi znacznie lepiej.
Człowieka można potraktować jak zużytą baterię, odłożyć na bok i jeszcze wyjść z całej sytuacji z przekonaniem, że właśnie wykonało się kawał porządnej pracy nad sobą.
Oczywiście granice są potrzebne. Dbanie o siebie także. Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy każde niewygodne zachowanie otrzymuje elegancką nazwę i automatycznie nabiera szlachetności.
Wystarczy dobra terminologia.
Zwykły brak kultury można opakować w kilka modnych pojęć, umieścić na pastelowym tle i opublikować jako poradę o zdrowych relacjach.
Równocześnie nigdy wcześniej nie wiedzieliśmy o sobie tak dużo.
Przynajmniej pozornie.
Wiemy, kto gdzie był, co jadł, co kupił, jak urządził salon, gdzie pojechał na weekend i jak wygląda jego niedzielne śniadanie. Możemy obejrzeć czyjś dzień od porannej kawy aż po wieczorną świeczkę zapaloną dla poprawy nastroju.
Tylko nadal nie wiemy, czy ten człowiek jest szczęśliwy.
Bo życie wystawiane na pokaz ma niewiele wspólnego z życiem przeżywanym.
Internet nie lubi zwyczajności. Zwyczajność słabo się klika.
Dlatego wszystko trzeba trochę poprawić.
Lepszy kadr.
Lepsze światło.
Ładniejszy stół.
Ciekawsze wakacje.
Bardziej udany związek.
Spokojniejsze życie.
Każdy prowadzi dziś własną małą agencję reklamową, której jedynym klientem jest on sam.
Nie wystarczy już pójść na spacer. Dobrze byłoby jeszcze udowodnić, że się na nim było.
Nie wystarczy zjeść kolacji. Wypada ją pokazać.
Nie wystarczy zobaczyć zachodu słońca. Trzeba podnieść telefon, znaleźć odpowiedni kadr, nagrać kilka sekund i dopiero potem można spokojnie wrócić do oglądania świata przez ekran.
W efekcie coraz częściej dokumentujemy chwile, których nie mieliśmy czasu naprawdę przeżyć.
Później oglądamy je ponownie i być może dopiero wtedy zauważamy, gdzie właściwie byliśmy.
Mamy setki kontaktów, znajomych i obserwujących. Należymy do grup rodzinnych, zawodowych, osiedlowych, szkolnych i hobbystycznych. Od rana do wieczora coś do nas przychodzi. Wiadomości, zdjęcia, komentarze, przypomnienia, powiadomienia.
Cisza stała się podejrzana.
Jeżeli telefon przez godzinę nie wyda żadnego dźwięku, człowiek zaczyna sprawdzać, czy działa.
A przecież prawdziwa rozmowa potrzebuje właśnie ciszy.
Potrzebuje chwili, w której nie układamy już odpowiedzi, tylko słuchamy.
To okazuje się coraz trudniejsze.
Rozmowy nie da się przewinąć.
Nie ma przycisku „pomiń”.
Nie można ustawić prędkości x2.
Nie można wyłączyć człowieka w połowie zdania tylko dlatego, że zaczyna mówić coś niewygodnego.
Trzeba zostać.
Trzeba słuchać.
Czasem trzeba nawet zmienić zdanie.
W epoce algorytmów, które przez całą dobę pokazują nam głównie to, co już lubimy, jest to doświadczenie niemal egzotyczne.
I chyba właśnie dlatego coraz częściej tęsknimy za rzeczami, które jeszcze niedawno wydawały się zupełnie zwyczajne.
Za rozmową bez telefonu leżącego na stole.
Za spotkaniem, które nie potrzebuje zdjęcia.
Za ciszą, która nie jest przerwą między powiadomieniami.
Za człowiekiem, który podczas rozmowy patrzy na nas, a nie na ekran.
Możliwe, że kiedyś również to stanie się modą.
Powstaną specjalne miejsca bez telefonów.
Ktoś nazwie zwykłą rozmowę „analogowym doświadczeniem”.
Pojawią się kursy uważnego słuchania, warsztaty kontaktu twarzą w twarz i poradniki wyjaśniające, jak spędzić dwie godziny z drugim człowiekiem bez sprawdzania ekranu.
Oczywiście zapisy będą przez aplikację.
A może sprawa jest prostsza.
Może technologia wcale nie oddaliła ludzi od siebie.
Może tylko dała nam doskonałe narzędzie do unikania tego, co w relacjach zawsze było najtrudniejsze: obecności, cierpliwości, odpowiedzialności i zwyczajnej uwagi.
Świat nigdy nie był tak dobrze połączony.
Sygnał dociera dziś niemal wszędzie.
Przez miasta, granice, oceany.
Być może najtrudniej dociera już tylko przez ten jeden metr, który dzieli dwoje ludzi siedzących naprzeciwko siebie przy jednym stole.
Telefony leżą między nimi.
Pełny zasięg.
Żadnego połączenia.
